Mindfulness nie jest pozytywnym myśleniem

Zanim poznałam praktykę uważności, ulegałam różnym modom rozwojowym. Pułapka pozytywnego myślenia okazała się dla mnie nauką. Odkryłam, że kiedy wymuszałam na sobie dobre myśli, były one przykrywką dla trudnych emocji, które starały mi się coś przekazać. I wcale nie kreowały szczęśliwej rzeczywistości.

Jeśli ktoś interesuje się rozwojem osobistym czy tematyką duchową, na pewno słyszał o tym, że myśli kreują rzeczywistość. Płynie z tego takie przesłanie, że jeśli będziemy myśleć pozytywnie, życie będzie przynosić nam miłe i przyjemne wydarzenia. Nawet jeśli spotka nas jakieś trudne doświadczenie, nie powinniśmy się nim przejmować, tylko szukać pozytywów, a wtedy wszystko dobrze się ułoży. W internecie znajdziemy mnóstwo tekstów, afirmacji, mantr czy wizualizacji związanych z tym tematem. Przekonałam się, że proste rozwiązania mogą być zgubne. Jakiś czas temu, jeszcze zanim rozpoczęłam przygodę z rozwojem uważności, dałam wciągnąć się w nurt pozytywnego myślenia. Wprowadziłam je do codzienności bez głębszej refleksji, co przyniosło mi zarówno pożytek, jak i negatywne następstwa. Ale wiele mnie to nauczyło.

Wszystko zaczęło się od przeczytania książki „Potęga podświadomości”, którą napisał Joseph Murphy. Lektura ta zmieniła moje myślenie. Zasada, że jeśli w coś uwierzę bez zastrzeżeń, uda mi się to zobrazować w umyśle i usunę podświadome przeszkody do realizacji tego, niejednokrotnie okazywała się być skuteczną. Książka uczy, że opanowanie dosyć prostych technik doprowadza do usunięcia psychicznych barier między osobą, a tym o czym ta osoba marzy. Dzięki praktycznym wskazówkom Murphy’ego udało mi się dokonać pozytywnych zmian w moim życiu. „Potęga podświadomości” pomogła mi zrozumieć, że sposób mojego myślenia oraz wyobraźnia mogą kształtować i tworzyć obecną oraz przyszłą rzeczywistość. Wcześniej byłam osobą poważną i raczej pesymistycznie nastawioną do świata. Byłam przekonana, że szczęście mają wszyscy dookoła, a ja mogę dokonać dużych osiągnięć jedynie ogromną pracą, niekiedy ponad siły. Wykorzystywanie technik zaczerpniętych z tej książki pozwoliło mi bardziej w siebie wierzyć i bardziej sobie ufać.

Zauważyłam jednak, że pozytywne myślenie przynosiło mi wymierne korzyści tylko wtedy, jeśli było zgodne z tym, co rzeczywiście czułam. Kiedy sztucznie je napędzałam, nie przynosiło efektów. Jednocześnie praktykowałam uważność, co skłaniało mnie do refleksji nad moimi automatycznymi wzorcami myślowymi. Zauważyłam u siebie nawykową tendencję do pesymizmu. Świadomość istnienia tych myśli i zauważanie ich, kiedy się pojawiały, pozwoliły mi przekierowywać je na bardziej pozytywne tory. W parze z tym podążała uważna obserwacja mojego krytyka wewnętrznego. Hamowałam go, kiedy zaczynał mi wmawiać, że jestem beznadziejna. Dzięki pozytywnemu nastawieniu nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Potrafiłam już w miarę skutecznie zapobiegać depresyjnym stanom, samokrytyce i wyrzutom sumienia, które we mnie wywoływał. Przyniosło mi to pewien rodzaj poczucia spokoju wewnętrznego.

Zaczęłam myśleć, że od tej pory wszystko już będzie się układać zgodnie z moimi założeniami, a trudne doświadczenia będą mnie omijać. Chwilami  byłam nawet przekonana, że to moje nowe narzędzie do radzenia sobie z życiem zadziała zawsze i w każdej sytuacji. I jak to często bywa, sprawdziła się zasada, że czym większe oczekiwania, tym bardziej się możemy zawieść. Pozytywne myślenie okazywało się czasami toksyczne i wywoływało skutki odwrotne od oczekiwanych. Życie jak to życie, oprócz miłych doświadczeń, przynosi również te trudniejsze. Ale nie poddawałam się, nawet wtedy, kiedy nie układało się najlepiej, nadal starałam się myśleć pozytywnie.

Wymyślałam afirmacje. Powtarzałam sobie, że wszystko jest w porządku, bo dlaczego miałoby być inaczej. I często byłam zdziwiona, że metoda nie działa. Chciałam wierzyć w swoje pozytywne myśli w każdej sytuacji, ale niestety często okazywały się jedynie przykrywką dla trudnych emocji, które chciały mi coś przekazać. Stosując afirmacje, próbowałam wypierać to, co jest w rzeczywistości. Chciałam schować się przed tym, co przynosiło mi życie. Zrozumiałam, że była to droga na skróty, nie chciałam spojrzeć prawdzie w oczy. Trudności wywoływały we mnie dyskomfort, a generowane pozytywy były po prostu ucieczką od nich. Ucieczką, która nie rozwiązywała problemów. Co więcej, te wszystkie działania prowadziły do poczucia, że to ze mną jest coś nie tak. Nie pokazywałam jednak tego po sobie, na zewnątrz wydawałam się być szczęśliwa, zadowolona. Nie dawałam po sobie poznać, że w środku coś nie gra. Za wszelką cenę szukałam argumentów na to, że choć cierpię, nic złego się nie dzieje. Kiedyś przejdzie, a ja muszę to przeczekać, zalewając swój umysł pozytywnymi myślami. Bałam się z tego zrezygnować, bo wydawało mi się, że wrócę do smutku i lęku. Obawiałam się, że to przedłuży moją drogę, w której chciałam dotrzeć do niczym nie zmąconego szczęścia i równowagi wewnętrznej. Nie chciałam się zatrzymywać, żeby się nie cofać, nie zepsuć tego co już osiągnęłam. Wmawiałam sobie, że już wszystko będzie tylko szczęśliwie i pięknie.

Przez chwilę uwierzyłam w to, że spełnione życie to takie, w którym tylko uśmiecham się do swoich dobrych myśli, a kiedy się pojawiam, wszyscy wokół są zadowoleni. Była to wizja życia, w którym nie było miejsca na popełnianie błędów. Uważałam tę wizję za realną i dążyłam do niej z całych sił. Poświęcałam dużo czasu i wkładałam mnóstwo energii w to, żeby wymyślać kolejne afirmacje i nie zauważać, że w życiu też jest miejsce na trudne sytuacje czy nieprzyjemne emocje. Bałam się, że kiedy przestanę myśleć pozytywnie, zacznę przyciągać do siebie problemy. Tyle razy przecież o tym słyszałam. Przykrywając trudne emocje myślami niezgodnymi z samą sobą sprawiałam, że te ciężkie rzeczy gromadziły się we mnie i wybuchały w najmniej oczekiwanych okolicznościach. To sprawiło, że straciłam zaufanie do siebie samej. Umysł jest plastyczny i rozsądny, chce zracjonalizować to, co przeżywamy i odczuwamy, ale nie potrafi kazać naszym emocjom i ciału, żeby się temu podporządkowały. Chyba, że je całkowicie zamrozimy i przestaniemy już czuć. Ale czy to słuszna droga?

Wypierając to, co do mnie przychodziło i było prawdziwe, ale niewygodne, oszukiwałam samą siebie. Co więcej, nie będąc obecna z tym, co we mnie tu i teraz, nie miałam szansy na zauważenie, co mam zmienić, żeby poczuć się dobrze. Nie dostrzegałam różnych niekonstruktywnych i niewspierających mnie przekonań. Nie zauważałam, jak pojawiające się trudności prosiły mnie o zmianę zachowania –  z takiego, które mi nie służy na takie, które wprowadzi w moje życie radość, miłość i spokój. Na szczęście zaczęłam czuć, że nie jest mi z tym dobrze i coś nie gra w tych moich wyuczonych pozytywach. Działo się tak dlatego, że po prostu przestałam być prawdziwa. Od nawykowego płynięcia w stronę pesymistycznych myśli przeszłam do nawykowego generowania pozytywnych myśli. W porę zorientowałam się, że to właśnie rozwój uważności może być dla mnie drogą do zmniejszenia cierpienia w moim życiu i poczucia szczęścia niezależnego od okoliczności. W trakcie praktyk przychodziły do mnie refleksje, że to czego szukam na zewnątrz już dawno we mnie jest.

Mindfulness pomógł mi zaakceptować to, co przynosiło mi życie. Ta akceptacja przyniosła spokój i harmonię. Praktykowanie uważności nauczyło mnie, żeby nie uciekać od teraźniejszości, tylko podchodzić do niej z pozycji obserwatora. Teraz staram się przy okazji każdego trudnego doświadczenia spotkać się z tym, co jest we mnie. Wiem, że prawdziwe życie składa się z całej gamy doświadczeń, przeżyć, emocji, stanów. Dzięki mindfulness jestem gotowa na spotkanie się z każdą myślą i emocją, niezależnie od tego czy jest przyjemna czy nieprzyjemna. Obserwuję, jak w różnych sytuacjach reaguje moje ciało i co pojawia się w moich myślach. Praktyka uważności nauczyła mnie korzystać z pozytywnego podejścia do życia w sposób zgodny ze mną i nietoksyczny. Teraz kiedy pojawiają się troski i zmartwienia, a mój nastrój się obniża trwa to o wiele krócej niż dawniej. Medytacje uważności pomagają mi rozwijać współczucie dla samej siebie. Dzięki temu w takich chwilach potrafię być dla siebie bardziej życzliwa.

Praca z uważnością pomogła mi zrozumieć, że brak szczerości wobec tego, jak jest naprawdę, pogłębiał dyskomfort i cierpienie w moim życiu. Była to ucieczka od odczuwania. Na całe szczęście weszłam na ścieżkę uważności zanim moje ciało i emocje się zamroziły i miałam szansę coś z tym zrobić.

Podobnie jak pozytywne myślenie nie sprawi, że nasze życie będzie bezproblemowe, nie zrobi tego medytacja. Nie łudźmy się, że zaprowadzi nas w stronę jedynie szczęścia i radości. Sprawi, że nie będziemy już popełniać żadnych błędów, a trudne sytuacje i cierpienie będą omijały nas szerokim łukiem. Medytujemy nie po to, żeby niczego nie czuć, ale po to, żeby się otworzyć na to, co życie nam przynosi. I żeby skonfrontować się z tym w taki sposób, aby przynosiło nam to korzyści. Kierując się uważnością, mamy możliwość zatrzymać się i zauważyć, czy pozytywne myślenie jest spójne z emocjami i z sygnałami płynącymi z ciała. Kiedy czujemy dysonans między tym, co sobie wymyślamy, a tym co naprawdę jest w naszym umyśle, mamy narzędzia do tego, żeby się temu dokładniej przyjrzeć. Dowiadujemy się, co takiego ważnego się w nas dzieje, że próbujemy wmówić sobie coś, co z nami nie rezonuje. Praktykowanie uważności pomaga odkryć siebie i uzmysłowić sobie, co kieruje nami automatycznie. Zwykle mamy tendencję do tego, że w podobnych sytuacjach pojawiają się te same myśli i działania, które nam nie służą.

Pułapka pozytywnego myślenia okazała się dla mnie nauką. I jak to bywa z trudnymi doświadczeniami posunęła do przodu mój proces rozwoju osobistego. Wyciągnęłam wnioski. Nie należy bez głębszej refleksji poddawać się doktrynom, nurtom i brać to za pewnik. Lepiej podchodzić do nich z dystansem i pewną dozą niepewności. Zanim nie poznałam praktyki uważności, często ulegałam nowym modom rozwojowym. Wyciągałam wnioski, dopiero jak odczułam na własnej skórze ich negatywne skutki i sprawdziłam, że jednak nie są dla mnie. Analizując takie sytuacje po czasie, dochodzę do wniosku, że zazwyczaj w dobrym momencie szłam po rozum do głowy. Na szczęście teraz, dzięki praktyce uważności, kiedy zabłądzę, w miarę szybko udaje mi się zawrócić na właściwą ścieżkę.

Magdalena Woźniak

Jestem nauczycielem Mindfulness w podejściu MBLC (Mindfulness Based Living Course).

Uważność praktykuję od wielu lat. Każdy dzień zaczynam od medytacji i doświadczam płynących z tego korzyści. Obserwując pozytywny wpływ na podniesienie komfortu i jakości mojego życia, zdecydowałam dzielić się z innymi tą cenną i skuteczną metodą jako nauczyciel Mindfulness.


Marzę o upowszechnianiu metody Mindfulness w Polsce i chcę to realizować poprzez dzielenie się własnymi doświadczeniami, wspieranie i inspirowanie innych do odkrywania dobrodziejstw płynących z uważnego życia